Gdzie jestem ja? Gdzie jesteś ty?

Niedziela Palmowa w Ewangelii św. Mateusza nie jest jedynie opowiadaniem o tym, co dzieje się z Jezusem w ostatnich dniach Jego ziemskiego życia. To coś znacznie więcej: to objawienie. Jakby Męka Pańska ukazywała wokół Chrystusa wszystkie możliwości ludzkiego serca. Nikt nie pozostaje neutralny. Wobec Jezusa, który idzie ku krzyżowi, każdy zajmuje jakąś postawę, nawet jeśli nie do końca jest tego świadomy. I dlatego pytanie nie brzmi tylko: co robią inni? Prawdziwe pytanie brzmi: gdzie jestem ja? Gdzie jesteś ty? Kim jestem w tej historii śmierci, niesprawiedliwości, bólu i pozornej klęski?

Bo wobec cierpienia wszyscy reagujemy inaczej. A Męka Pańska jest najprawdziwszym zwierciadłem naszego sposobu stawania wobec zła. Jest ktoś, kto ucieka, ktoś, kto zdradza, ktoś, kto umywa ręce, ktoś, kto daje się porwać tłumowi, ktoś, kto znieważa, ktoś, kto zostaje, ktoś, kto płacze, ktoś, kto wreszcie kocha, ktoś, kto przychodzi późno, ale przychodzi naprawdę. Ewangelia nie pozwala nam pozostać widzami: zmusza nas, byśmy rozpoznali samych siebie.

Najpierw jest tłum. To uderzające: kilka dni wcześniej woła na cześć Jezusa, rozkłada płaszcze, potrząsa gałązkami, krzyczy: „Hosanna”; a potem, przed trybunałem i pod krzyżem, zmienia głos. Tłum jest zawsze kruchy, zawsze niestały. Żyje entuzjazmem, ale nie wiernością. Jest obrazem ludzkiego serca, kiedy daje się ponieść, kiedy wybiera chóralny głos zamiast prawdy, kiedy rezygnuje z osobistego sumienia, byle się nie narazić. Tłum nie myśli: reaguje. Tłum nie kocha: rozpala się i zaraz gaśnie. A my? Ile razy właśnie tacy jesteśmy? Ile razy jesteśmy z Jezusem, dopóki nas porusza, ale oddalamy się, gdy zaczyna nas kosztować? Ile razy idziemy za Ewangelią, dopóki nic nas to nie kosztuje?

A pod krzyżem ten tłum, a właściwie ta zagubiona i okrutna ludzkość, dochodzi do słów: „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża”. To straszne zdanie, bo wydaje się rozsądne. W gruncie rzeczy mówi: pokaż nam swoją siłę, narzuć się, ocal samego siebie, ukaż nam, że jesteś Bogiem w taki sposób, w jaki my oczekujemy, że Bóg będzie działał. To pokusa wszystkich czasów: myśleć, że Bóg powinien zwyciężyć zło potęgą, widowiskiem, miażdżącą przewagą. A tymczasem Chrystus nie schodzi z krzyża. Nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że kocha. Pozostaje tam, w miejscu pozornej klęski, bo właśnie tam chce zbawić człowieka. Nie usuwa cierpienia z zewnątrz: przechodzi przez nie od wewnątrz.

Potem jest Piłat. Piłat jest postacią dramatyczną, bo nie jest całkowicie ślepy. Wręcz przeciwnie, w jakimś sensie przeczuwa, że Jezus jest niewinny. Widzi, że dzieje się coś niesprawiedliwego, czuje, że wydaje Sprawiedliwego, a jednak nie unosi ciężaru prawdy. Umywa ręce. Oto Piłat: człowiek, który widzi, ale nie wybiera; który rozumie, ale się nie angażuje; który woli zachować własną pozycję, niż uczynić to, co słuszne. Piłat nie jest tylko zły; jest słaby. I bardzo często zło nie przechodzi jedynie przez otwartą nienawiść, ale przez wygodną neutralność, przez szanowaną tchórzliwość, przez bezwład tych, którzy mogliby zadziałać, a nie robią nic. Wobec cierpienia drugiego człowieka, wobec niesprawiedliwości, wobec konkretnego krzyża — czy jestem kimś, kto zajmuje stanowisko, czy kimś, kto umywa ręce?

A potem jest Barabasz. Wystarczy krótka wzmianka, ale jest ona decydująca. Barabasz reprezentuje tę ludzką sprawiedliwość, która myśli według zasady „oko za oko, ząb za ząb”. To logika odwetu, rewanżu, przemocy jako odpowiedzi na zło. To logika bardzo nam bliska, bo wydaje się naturalna: jeśli mnie uderzysz, oddam ci; jeśli mnie zranisz, odwzajemnię ranę; jeśli wyrządzisz mi zło, będę chciał zobaczyć, jak za to płacisz. A jednak lud wybiera Barabasza, a odrzuca Jezusa. To wstrząsające, ale prawdziwe: wiele razy także my wolimy sprawiedliwość, która karze, niż miłość, która zbawia. Wolimy siłę, która reaguje, niż miłosierdzie, które odkupuje. Barabasz nie jest więc tylko postacią zewnętrzną: jest tą częścią nas, która nadal myśli, że zło zwycięża się innym złem.

Obok tych postaci są także ci, którzy szydzą z Jezusa. Są ci, którzy Go prowokują, upokarzają, wystawiają na próbę: „Zejdź z krzyża”. To postawa tych, którzy nie potrafią przyjąć Boga bezbronnego, Boga, który się nie broni, Boga, który nie miażdży swoich nieprzyjaciół. Chcielibyśmy Boga silnego według naszych kryteriów, podczas gdy Ewangelia ukazuje nam Boga mocnego w miłości. I tutaj naprawdę dotykamy tajemnicy. Bo zło w Męce zdaje się osiągać swoją apoteozę: zdrada, kłamstwo, przemoc, niesprawiedliwość, szyderstwo, samotność, opuszczenie. Jakby cały mrok świata skupił się właśnie tam. A wobec tego mroku spontanicznie przyszłoby nam pomyśleć, że zło można pokonać jedynie siłą równą i przeciwną, większym złem, potężniejszą zemstą. Tymczasem nie. Zło zostaje pokonane przez cichą miłość.

I to właśnie jest najbardziej rozbrajające w Ewangelii. Jezus nie odpowiada, nie oddaje, nie upokarza, nie mści się. Jezus kocha. Kocha w milczeniu, kocha w wierności, kocha pozostając. Kocha aż do utożsamienia się ze wszystkimi cierpieniami świata. Z moim cierpieniem i z twoim. Z cierpieniem zdradzonego, zranionego, upokorzonego, zapomnianego, odrzuconego, przygniecionego złem i nierozumiejącego jego sensu. Krzyż nie jest tylko miejscem cierpienia Chrystusa; jest miejscem, w którym Chrystus wchodzi w cierpienie każdego człowieka. Nie pozostaje daleko, nie przygląda się, nie wyjaśnia z zewnątrz: bierze na siebie. I tak nasze cierpienie nie jest już ziemią bez Boga. Jest ziemią nawiedzoną, zamieszkaną, współdzieloną przez Boga.

Dlatego jaśnieją takie postacie jak Maria Magdalena. Ona nie wygłasza mów, nie zmienia biegu wydarzeń, nie rozwiązuje dramatu. Ale jest. Zostaje. Patrzy. Kocha. A to jest ogromne. Bo kiedy przychodzi ból, bardzo często nie ma nic do powiedzenia. Nie potrzeba szybkich wyjaśnień, trafnych zdań, gotowych religijnych odpowiedzi. Potrzeba obecności. Maria Magdalena reprezentuje ucznia, który kocha na tyle, by zostać nawet wtedy, gdy nie rozumie. A my, kiedy spotykamy krzyż — własny albo cudzy — czy umiemy zostać? Czy raczej uciekamy, chronimy się, zmieniamy temat, nabieramy dystansu?

A potem jest Józef z Arymatei. Pojawia się wtedy, gdy wszystko wydaje się skończone. Kiedy Jezus już umarł. Kiedy, po ludzku mówiąc, nie ma już nic do zyskania, nic do udowodnienia, niczego, na co można mieć nadzieję. I właśnie wtedy Józef wykonuje gest konkretny, odważny, pełen szacunku i litości: prosi o ciało Jezusa i daje Mu godny pochówek. Józef z Arymatei to szlachetność człowieka, który być może wcześniej nie potrafił się ujawnić, ale w decydującej chwili znajduje odwagę miłości. Mówi nam, że istnieje dobro dyskretne, dobro bez hałasu, dobro, które nie głosi kazań, ale bierze odpowiedzialność. Niewiele mówi: robi to, co można zrobić, kiedy wszystko wydaje się stracone. I to jest głęboko ewangeliczne. Bo nawet w najciemniejszych chwilach pozostaje jeszcze sposób, by kochać.

W ten sposób Męka według św. Mateusza staje się wielkim otwartym pytaniem o nasze serce. Kim jestem? Czy jestem tłumem, który daje się porwać? Czy jestem Piłatem, który umywa ręce? Czy jestem Barabaszem, który marzy o sprawiedliwości będącej gwałtowną odpowiedzią? Czy jestem jednym z tych, którzy pod krzyżem szydzą i domagają się znaków? A może jestem Marią Magdaleną, która zostaje? A może Józefem z Arymatei, który przynajmniej na końcu znajduje odwagę, by kochać konkretnie?

Wielki Tydzień zaczyna się właśnie tak: nie od teorii, ale od zwierciadła. Chrystus wchodzi do Jerozolimy i jednocześnie wchodzi w zakamarki naszego serca. Jego Męka objawia, że zło jest realne, dzikie, niszczące. Ale objawia także coś jeszcze większego: że zło nie ma ostatniego słowa. Nie dlatego, że zostaje zanegowane, nie dlatego, że zostaje pomniejszone, ale dlatego, że zostaje przeniknięte miłością głębszą. Miłością, która nie robi hałasu. Miłością, która się nie narzuca. Miłością, która nie oddaje ciosu. Miłością, która pozwala się zranić i właśnie dlatego uzdrawia.

Być może rozumiemy Barabasza, rozumiemy Piłata, rozumiemy nawet tłum, bo oni mieszkają także w nas. Ale potrzebujemy Chrystusa, bo tylko On ukazuje nam inną drogę. Tylko On uczy nas, że świata nie zbawia się przez dodawanie większej twardości do twardości, większego gniewu do gniewu, większej rany do rany. Świat zostaje zbawiony przez miłość, która pozostaje wierna w ciemności.

I dlatego Niedziela Palmowa zostawia nam to proste i zarazem przerażające pytanie: gdzie jestem wobec krzyża? Bo odpowiedź na to pytanie nie dotyczy jedynie dzisiejszej Ewangelii. Dotyczy sposobu, w jaki przeżywam ból, konflikt, niesprawiedliwość, moje własne cierpienie i cierpienie innych. Dotyczy mojego sposobu kochania.

A dobrą nowiną jest to, że Jezus właśnie na krzyżu jednoczy się z każdym cierpieniem świata. Z moim. Z twoim. Z tym, które widać, i z tym, którego nikt nie zna. Dlatego chrześcijanin nie jest kimś, kto zaprzecza istnieniu zła, ale kimś, kto patrząc na Ukrzyżowanego, wie, że zło nie zwycięża. Robi hałas, tak. Przeraża, tak. Rani, tak. Ale nie zwycięża.

Bo ostatecznie nie triumfuje przemoc.
Nie triumfuje tłum.
Nie triumfuje Piłat.
Nie triumfuje Barabasz.

Ostatecznie triumfuje cicha miłość Chrystusa.