„Szczęśliwy Książę”

Pierwsze czytanie pokazuje nam obraz, który dziś wydaje się niemal niemożliwy: pierwsza wspólnota chrześcijańska miała jedno serce i jednego ducha. Nikt nie uważał za własne tego, co posiadał, nikt nie cierpiał niedostatku, wszystko było wspólne.

Nam od razu rodzi się w sercu pytanie: jak to możliwe? Czy to nie utopia? Czy to nie jakaś forma religijnego komunizmu? A jednak nie o system tu chodzi. Chodzi o doświadczenie. Ci ludzie spotkali Jezusa żywego i zmartwychwstałego. Zostali przez Niego pokochani, uzdrowieni, podniesieni, przebaczeni. A kiedy człowiek naprawdę doświadczy miłości Chrystusa, przestaje zatrzymywać wszystko dla siebie.     Dzieli się dobrami, bo wcześniej oddał serce.
Troszczy się o drugiego, bo nie widzi w nim już obcego.
Nie zostawia nikogo w potrzebie, bo potrzeba drugiego staje się także jego sprawą.

I tu jest prawda bardzo ważna także dla nas: nie można naprawdę kochać, jeśli nie zna się ran drugiego człowieka. Można odczuwać sympatię, zachwyt, przywiązanie, nawet podziw. Ale prawdziwa miłość zaczyna się wtedy, gdy poznaję twoją kruchość, twój ból, twoje zmaganie — i nie odchodzę. Inaczej zostajemy przy relacjach powierzchownych: może miłych, może poprawnych, ale nieprawdziwych. I właśnie to przeżywa Tomasz.

Tomasza nie było wtedy z innymi. Słyszy: „Widzieliśmy Pana”. Ale nie wierzy. Nie dlatego, że jest gorszy. Nie dlatego, że ma mniej wiary. Po prostu nie chce żyć cudzym doświadczeniem. Potrzebuje spotkania prawdziwego, osobistego. I dlatego prosi właśnie o to: chce zobaczyć i dotknąć ran.

To niezwykłe: Tomasz dochodzi do wiary przez rany. Nie prosi o znak mocy, ale o ślady męki. A Jezus zmartwychwstały nie ukrywa swoich ran, nie usuwa ich. Pokazuje je. Jakby mówił: właśnie tutaj Mnie rozpoznasz. Właśnie tutaj zrozumiesz, jak bardzo cię umiłowałem.

Wiara Tomasza rodzi się wtedy, gdy odkrywa, że rana nie jest już tylko miejscem bólu, ale staje się miejscem spotkania z Chrystusem.

I tutaj bardzo pięknie można przywołać opowiadanie Oscara Wilde’a „Szczęśliwy Książę”.

Kiedy książę żył, mieszkał pośród luksusu, piękna i beztroski. Można powiedzieć: żył dobrze, ale niczego naprawdę nie widział. Był szczęśliwy, ale było to szczęście ślepe, zamknięte, nieświadome. Nie znał cierpienia innych. Dopiero później, już jako posąg, zaczyna widzieć nędzę świata. I to spojrzenie go przemienia. Jego serce pęka na widok ludzkiego bólu. I wtedy zaczyna oddawać wszystko: rubin, szafiry, złoto, które go pokrywa. Im bardziej kocha, tym bardziej się ogołaca.

I tu jest sedno: dopóki nie zobaczy ran świata, książę nie kocha naprawdę.
Dopóki Tomasz nie zobaczy ran Chrystusa, nie wierzy naprawdę.

Tak samo może być z nami. Możemy mieć życie poukładane, poprawne, nawet religijne — a jednak zamknięte. Możemy sprawiać wrażenie ludzi spełnionych, a wewnątrz pozostawać daleko od Boga i od innych, bo jeszcze nie pozwoliliśmy, by dotknęła nas rana brata.Pierwsza wspólnota chrześcijańska była jednym sercem i jednym duchem właśnie dlatego, że nie zatrzymywała się na pozorach, ale dzieliła prawdziwe życie: radości i bóle, ciężary i nadzieje. Nikt nie był zostawiony sam.Dlatego dzisiejsze słowo wzywa nas do prostego, ale radykalnego nawrócenia: przejść od wiary opartej na pojęciach do wiary opartej na spotkaniu, od relacji powierzchownych do prawdziwej komunii, od życia zamkniętego i bezpiecznego do serca, które umie dać się zranić.

Bo naprawdę wierzy się, jak Tomasz, wtedy, gdy dotyka się ran Chrystusa.
I naprawdę kocha się, jak Szczęśliwy Książę, wtedy, gdy pozwala się, by dotknęły nas rany świata.

Zraniona miłość

Homilia – J 20,1-9

Wciąż jest ciemno. Tak zaczyna się dzisiejsza Ewangelia: „pierwszego dnia tygodnia Maria Magdalena udała się do grobu, gdy jeszcze było ciemno…”. To nie jest tylko szczegół chronologiczny. To fotografia duszy. Kiedy tracisz kogoś, kiedy rozpadają się pewniki, kiedy Bóg wydaje się nieobecny… w środku jest ciemność.

Maria idzie do grobu, bo kocha. Ale jej miłość jest jeszcze zraniona, niepełna: szuka zmarłego. I tu jest pierwszy decydujący krok: także my często szukamy Boga w grobach. W rzeczach przemijających, w ludzkich zabezpieczeniach, w obrazach, które sobie o Nim stworzyliśmy. Ale Chrystusa już tam nie ma.

Kamień jest odsunięty. Grób jest otwarty. To znaczy, że Bóg już coś uczynił, zanim ty tam dotarłeś. Zmartwychwstanie nie jest owocem twoich poszukiwań: to inicjatywa Boga, który zawsze cię wyprzedza.

Maria biegnie do Piotra i do umiłowanego ucznia. Oni także biegną. To piękne: wiara nie jest czymś statycznym, jest biegiem. Ale uwaga: jeden biegnie szybciej, drugi dociera pierwszy… a jednak czeka. Umiłowany uczeń przychodzi pierwszy, ale nie wchodzi. Piotr przychodzi później, ale wchodzi. Tu jest Kościół: różne charyzmaty, różne tempo, ale nikt nie wystarcza sam sobie.

Wchodzą do grobu i widzą płótna, zwiniętą chustę. To nie jest nieład, to nie chaos. To nieobecność pełna znaków. I właśnie dlatego Ewangelia mówi: „ujrzał i uwierzył”. Jeszcze nie widzieli Jezusa, a jednak wierzą. To jest decydujące: wiara rodzi się z pokornych znaków, nie z przytłaczających dowodów.

I na końcu to zdanie, niemal twarde: „nie rozumieli jeszcze Pisma”. To znaczy: można być blisko Jezusa, biec, szukać… a jeszcze nie rozumieć. A Bóg się tym nie gorszy. Bierze cię tam, gdzie jesteś, i prowadzi dalej.

Zatem pytanie brzmi: gdzie Go szukasz? W grobie czy w życiu? Czekasz na dowody czy pozwalasz się poruszyć znakom?

Bo Chrystus zmartwychwstał, ale się nie narzuca. Daje się znaleźć temu, kto kocha na tyle, by wyruszyć w drogę, nawet gdy wciąż jest ciemno.