Najświętsza Trójca: co to ma wspólnego z naszym życiem?


Bracia i siostry, wraz z Pięćdziesiątnicą zakończył się okres wielkanocny. Jezus Zmartwychwstały spełnił swoją obietnicę: „Poślę wam Ducha Świętego”. Ale co Duch Święty uczynił w Apostołach?

Nie dał im jedynie odwagi, choć rzeczywiście byli zamknięci w Wieczerniku ze strachu, a potem wyszli głosić Ewangelię. Największy cud był czymś innym: otworzył im oczy.

Apostołowie zrozumieli coś, czego samym rozumem nigdy nie mogliby pojąć. Zrozumieli, że Bóg, który objawił się na Synaju, Bóg obłoku, ognia i grzmotu, wszechmogący Bóg, przed którym Izrael drżał, jest tym samym Bogiem, którego zobaczyli w Jezusie Chrystusie.

I to jest prawdziwa rewolucja.

Bo patrząc na krzyż, można było pomyśleć: „Jezus był prorokiem, sprawiedliwym człowiekiem, posłańcem Boga”. Tymczasem Duch Święty pozwolił Apostołom zrozumieć, że Ten Ukrzyżowany jest współistotny Ojcu. Że miłość, która oddaje siebie na krzyżu, jest samą miłością Boga.

W ten sposób rodzi się wiara Kościoła w Trójcę Świętą: jednego Boga w trzech Osobach – Ojca, Syna i Ducha Świętego.

Ale wtedy pojawia się pytanie: co to ma wspólnego z naszym życiem?

Bardzo wiele. Bo Trójca objawia nam, że u początku wszystkiego nie stoi samotność, nie stoi władza ani bezosobowa siła. U początku wszystkiego jest wspólnota miłości.

Ojciec miłuje Syna. Syn miłuje Ojca. A Duch Święty jest żywą miłością, która ich jednoczy.

Jeśli zostaliśmy stworzeni na obraz Boga, to również my jesteśmy stworzeni do miłości i do komunii. Dlatego cierpimy, gdy zamykamy się w sobie. Dlatego grzech nas izoluje. Dlatego żaden sukces, żadne pieniądze ani przyjemności nie są w stanie napełnić ludzkiego serca.

Zostaliśmy stworzeni po to, aby kochać i być kochanymi.

Trójca Święta nie jest zagadką teologiczną do rozwiązania. Jest tajemnicą, która wyjaśnia nasze życie. Mówi nam, kim jest Bóg, a jednocześnie mówi nam, kim jesteśmy my.

Duch Święty sprawił, że Apostołowie zrozumieli, iż obliczem Boga jest Jezus Chrystus ukrzyżowany i zmartwychwstały. Dziś ten sam Duch chce również nam objawić, że Bóg nie jest daleko. Zaprasza nas do udziału w swoim własnym życiu, w komunii Ojca, Syna i Ducha Świętego.

To jest nasze powołanie. To jest nasza radość. To jest życie wieczne, które zaczyna się już dzisiaj.

Amen.

„Szczęśliwy Książę”

Pierwsze czytanie pokazuje nam obraz, który dziś wydaje się niemal niemożliwy: pierwsza wspólnota chrześcijańska miała jedno serce i jednego ducha. Nikt nie uważał za własne tego, co posiadał, nikt nie cierpiał niedostatku, wszystko było wspólne.

Nam od razu rodzi się w sercu pytanie: jak to możliwe? Czy to nie utopia? Czy to nie jakaś forma religijnego komunizmu? A jednak nie o system tu chodzi. Chodzi o doświadczenie. Ci ludzie spotkali Jezusa żywego i zmartwychwstałego. Zostali przez Niego pokochani, uzdrowieni, podniesieni, przebaczeni. A kiedy człowiek naprawdę doświadczy miłości Chrystusa, przestaje zatrzymywać wszystko dla siebie.     Dzieli się dobrami, bo wcześniej oddał serce.
Troszczy się o drugiego, bo nie widzi w nim już obcego.
Nie zostawia nikogo w potrzebie, bo potrzeba drugiego staje się także jego sprawą.

I tu jest prawda bardzo ważna także dla nas: nie można naprawdę kochać, jeśli nie zna się ran drugiego człowieka. Można odczuwać sympatię, zachwyt, przywiązanie, nawet podziw. Ale prawdziwa miłość zaczyna się wtedy, gdy poznaję twoją kruchość, twój ból, twoje zmaganie — i nie odchodzę. Inaczej zostajemy przy relacjach powierzchownych: może miłych, może poprawnych, ale nieprawdziwych. I właśnie to przeżywa Tomasz.

Tomasza nie było wtedy z innymi. Słyszy: „Widzieliśmy Pana”. Ale nie wierzy. Nie dlatego, że jest gorszy. Nie dlatego, że ma mniej wiary. Po prostu nie chce żyć cudzym doświadczeniem. Potrzebuje spotkania prawdziwego, osobistego. I dlatego prosi właśnie o to: chce zobaczyć i dotknąć ran.

To niezwykłe: Tomasz dochodzi do wiary przez rany. Nie prosi o znak mocy, ale o ślady męki. A Jezus zmartwychwstały nie ukrywa swoich ran, nie usuwa ich. Pokazuje je. Jakby mówił: właśnie tutaj Mnie rozpoznasz. Właśnie tutaj zrozumiesz, jak bardzo cię umiłowałem.

Wiara Tomasza rodzi się wtedy, gdy odkrywa, że rana nie jest już tylko miejscem bólu, ale staje się miejscem spotkania z Chrystusem.

I tutaj bardzo pięknie można przywołać opowiadanie Oscara Wilde’a „Szczęśliwy Książę”.

Kiedy książę żył, mieszkał pośród luksusu, piękna i beztroski. Można powiedzieć: żył dobrze, ale niczego naprawdę nie widział. Był szczęśliwy, ale było to szczęście ślepe, zamknięte, nieświadome. Nie znał cierpienia innych. Dopiero później, już jako posąg, zaczyna widzieć nędzę świata. I to spojrzenie go przemienia. Jego serce pęka na widok ludzkiego bólu. I wtedy zaczyna oddawać wszystko: rubin, szafiry, złoto, które go pokrywa. Im bardziej kocha, tym bardziej się ogołaca.

I tu jest sedno: dopóki nie zobaczy ran świata, książę nie kocha naprawdę.
Dopóki Tomasz nie zobaczy ran Chrystusa, nie wierzy naprawdę.

Tak samo może być z nami. Możemy mieć życie poukładane, poprawne, nawet religijne — a jednak zamknięte. Możemy sprawiać wrażenie ludzi spełnionych, a wewnątrz pozostawać daleko od Boga i od innych, bo jeszcze nie pozwoliliśmy, by dotknęła nas rana brata.Pierwsza wspólnota chrześcijańska była jednym sercem i jednym duchem właśnie dlatego, że nie zatrzymywała się na pozorach, ale dzieliła prawdziwe życie: radości i bóle, ciężary i nadzieje. Nikt nie był zostawiony sam.Dlatego dzisiejsze słowo wzywa nas do prostego, ale radykalnego nawrócenia: przejść od wiary opartej na pojęciach do wiary opartej na spotkaniu, od relacji powierzchownych do prawdziwej komunii, od życia zamkniętego i bezpiecznego do serca, które umie dać się zranić.

Bo naprawdę wierzy się, jak Tomasz, wtedy, gdy dotyka się ran Chrystusa.
I naprawdę kocha się, jak Szczęśliwy Książę, wtedy, gdy pozwala się, by dotknęły nas rany świata.