Wybierać życie: serce, z którego rodzą się nasze decyzje

Jest obraz, który pomaga zrozumieć dzisiejszą Ewangelię. Bruce McCandless, astronauta, był pierwszym człowiekiem, który wyszedł w przestrzeń kosmiczną bez żadnego zabezpieczenia — bez liny, bez połączenia ze statkiem, tylko on i ogrom wszechświata. W tej chwili doświadczył jednocześnie wielkości i małości: wielkości, bo widział nieskończone piękno stworzenia, i małości, bo wystarczy jeden błąd, jedna zła decyzja, aby wszystko się skończyło.

Słowo Boże mówi dziś: „Przed tobą jest życie i śmierć”. Człowiek jest wolny i może wybierać. Jednak jego wybory nigdy nie są neutralne — budują życie albo je niszczą.

Często wydaje się, że problem leży na zewnątrz. Dlatego szuka się rozwiązań zewnętrznych: psychologia pomaga człowiekowi w cierpieniu, polityka próbuje wprowadzać sprawiedliwość, społeczeństwo podejmuje wysiłki, aby się rozwijać. To wszystko jest dobre i potrzebne. Jezus jednak prowadzi nas głębiej: problemem nie jest tylko to, co człowiek robi, ale to, skąd to się rodzi.

Nie chodzi jedynie o „nie zabijaj”, ale o gniew w sercu. Nie tylko o czyny, ale o to, co człowiek nosi w sobie. Wszystko zaczyna się wewnątrz.

Tu pojawia się trudna prawda: serce człowieka jest zranione. Jest w nim egoizm i zamknięcie, które prowadzą do złych wyborów. A kiedy wybory są złe, człowiek nie tylko czyni zło, ale także sam cierpi. Pojawiają się podziały, niepokój i ból.

Historia pokazuje, że nawet ludzie przekonani o tym, że czynią dobro, mogą wyrządzać wielkie zło, jeśli ich serce nie jest przemienione. Próba narzucenia dobra z zewnątrz, bez wewnętrznej przemiany, prowadzi do przemocy.

Dlatego problemem nie jest przede wszystkim system, lecz serce człowieka.

I właśnie tam wchodzi Jezus — nie jako ktoś, kto jedynie zmienia struktury, ale jako lekarz serca. Jest miejsce, do którego nikt inny nie ma dostępu — miejsce, gdzie rodzą się decyzje. Chrystus wchodzi tam nie po to, aby zmuszać, ale aby uzdrawiać.

Jezus nie narzuca dobra, ale sprawia, że rodzi się ono w człowieku. Nie zmusza do miłości, lecz czyni człowieka zdolnym do miłowania. I objawia to w sposób radykalny: nie zabiera życia, aby ocalić, lecz oddaje własne życie.

To jest prawdziwa moc Boga — miłość wolna, ofiarna i zdolna do poświęcenia.

Pozostaje więc pytanie: skąd rodzą się moje decyzje? Z serca zranionego czy z serca, które pozwala się uzdrawiać?

Wolność jest wielkim darem, ale bez uzdrowionego serca może prowadzić z dala od życia.

Dlatego warto modlić się: Panie, wejdź do mojego serca, uzdrów moją wolność, abym potrafił wybierać życie.

„Światło, które rodzi się na peryferiach”


Ewangelia z tej niedzieli ukazuje nam Jezusa, który po aresztowaniu Jana wycofuje się do Galilei. Nie jest to szczegół przypadkowy: jest to bowiem wypełnienie proroctwa Izajasza, który mówi o ziemi Zabulona i Neftalego, ziemi pogańskiej, ziemi ciemności, nad którą miało zabłysnąć wielkie światło.

A zaraz potem Jezus powołuje pierwszych apostołów. To mówi nam coś bardzo pięknego i bardzo głębokiego: misją Kościoła — i samym sensem jego istnienia — jest zbawienie ludzi.

Ale Jezus nie zaczyna od centrum, nie zaczyna od elity, nie szuka doskonałych ani najlepszych. Zaczyna od peryferii, od ostatnich, od ubogich, od ziemi uważanej za nieczystą i marginalną. A ta ziemia, w gruncie rzeczy, jest także naszą ziemią.

Stamtąd zaczyna się misja Chrystusa. Od ostatnich. To pozwala nam zrozumieć, że misja Kościoła jest naprawdę wielka, ale jest też całkowicie dziełem Boga. To Bóg jest jej inicjatorem.

Nieprzypadkowo Izajasz wspomina również o zwycięstwie nad Madianitami — zwycięstwie Gedeona. Izrael został zredukowany do resztek: Bóg kazał wybrać wojsko tak, że pozostało tylko 300 ludzi przeciwko ogromnemu i potężnemu wrogowi. Bitwa odbyła się w nocy, w sposób zupełnie niezwykły, i w rzeczywistości Madianici zaczęli zabijać się nawzajem.

Dlaczego to zwycięstwo jest tak dziwne i tak spektakularne? Aby nie było żadnej wątpliwości, że to Bóg zadziałał.

Czasami Bóg stosuje tę samą strategię także wobec nas: kładzie nas na ziemię, stawia nas w sytuacjach ludzkiej niemożliwości, aby było jasne, że dzieło jest Jego, a nie nasze.

A skoro dzieło jest naprawdę Jego, to jest to także zaproszenie, aby nie skupiać się na formie, lecz na treści. Zbyt często w niebezpieczny sposób skupiamy się na aspektach formalnych, na prawach i przepisach, które prowadzą do podziałów.

Ale prawda jest taka, że wszyscy należymy do Chrystusa, a Chrystus nas zbawia.